Skip to content

„Bóg rzeczy małych”

1 lutego 2010

Są takie książke, które czyta się w mgnieniu oka niezależnie od ich objętości. Ale są również takie przy których należy się zatrzymać, smakować każde zdanie i delektować jego znaczeniem. „Bóg rzeczy małych” Arundathi Roy należy niewątpliwie do tej drugiej grupy. Im wolniej się ją czyta, tym bardziej można docenić świat wykreowany przez autorkę.

Jest to świat starych Indii ulegających przemianie, świat małych dzieci nie zdających sobie sprawy z istnienia „dorosłych” problemów i świat podziałów kastowych. Książki nie da się porównać do żadnej z przeczytanych przeze mnie dotychczas, taka nowa jakość, w której prawie każde zdanie (choćby było wypowiadane przez dziecko) jest kunsztownie zbudowane, niesie ze sobą przesłanie. Jak to w poezji niewiele słów może zawierać ogrom treści. Tak jest tutaj, słowa małoletnich bliźniąt Esthy i Rahel pokazują nam świat dorosłych, dzieci nieświadomie odkrywają sekrety dorosłych i odsłaniają ich najczulsze punkty.

Jeżeli chcieć streścić w jednym zdaniu to książka ta opowiada o miłości, dzieciństwie, dramatach przeżywanych przez dorosłych i o nieuchronności pewnych zdarzeń. Roy pokazuje tło obyczajowe i polityczne Indii w których niedotykalni nigdy nie byli szanowani przez dotykalnych, gdzie podziały kastowe dyktowały „kogo i jak można kochać”.

Książka opowiada o kilku tygodniach życia bliźniąt oraz ich rodziny matki, babki, wujka od momentu przybycia ich kuzynki Sophie Mol do tragicznego końca wydarzeń. Jednak historia zatacza znacznie szersze kręgi i ten krótki okres czasu ujęty jest w znacznie szersze ramy czasowe. Dzięki temu poznajemy okoliczności i wydarzenia, które uwarunkowały takie a nie inne zachowania dorosłych.

„Bóg rzeczy małych” to też opowieść o tym jak łatwo skrzywdzić kogoś i zmienić jego życie nieodwołalnie i jak głupota i bezduszność innych może doprowadzić do tragedii.
Na pewno jest to idealna książka na zimowe wieczory, kiedy to schowani pod kołdrą czy ciepłym kocem wnikniemy w niby odległy świat Indii, który tak naprawdę jest bliźniaczo podobny do naszego.

Reklamy

Kryminał da się lubić

26 stycznia 2010

Wskakuję tu, żeby uaktualnić wiadomości z placu boju – otóż zdobyłam już kilka książek które mam zamiar przeczytać w ramach wyzwań.

Tak więc moja biblioteka miała dla mnie „Texaco” Chamoiseau,  postaram się zapamiętać jak najwięcej z dziejów Martyniki. Wypożyczyłam też „Bóg rzeczy małych” Arundhati Roy, „Zabić drozda” Harper Lee, chociaż od razu zabrała mi książkę mama i „Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya”. I na tę ostatnią książkę cieszę się bardzo, zostawiam ją sobie jednak na deser.

Oprócz tego warto odnotować, że w końcu podobała mi się pewne czytadło z gatunku „zgadnij kto zabił”  i przeczytałam pierwszą część Millenium Stiega Larssona w 2 dni. Książka wciągnęła mnie do tego stopnia, że nawet nie chciało mi się spać, co w przypadku osoby śpiącej po 12 godzin na dobę jest nie lada osiągnięciem. Dałam się wciągnąć w larssonomanię i dobrze mi z tym. Co więcej, jeśli kiedyś pojawi się wyzwanie wymagające czytania kryminałów to wezmę w nim udział.

(Nie)banalna więź

25 stycznia 2010

Bardzo trudno będzie mi się wypowiedzieć w kwestii “Niebanalnej więzi” napisanej przez Sarah Waters. Czuję się niemożliwie nabita w butelkę i oszukana. Niby chwalona, niby znawczyni powieści wiktoriańskiej jednak zniechęciła mnie do swych książek niezwykle skutecznie – mam zamiar stronić od niej jak tylko się da. Otóż „Niebanalna więź” to w 90% gniot jakich mało, powiastka dla panienek w wieku szkolnym. Nie, żebym oczekiwała od powieści wielkiego polotu, ale trudno było mi ę książkę znieść.
Duży wpływ na moją opinię ma język całości powieści – afektowany i pretensjonalny, od wszelkich ochów i achów aż robi się niedobrze. Nie chciałam uwierzyć, że cała książka może być tak okropna, więc uparcie czytałam do końca i rzeczywiście, zakończenie pozwoliło mi na trochę odzyskać szacunek dla autorki. Ale to tylko i wyłącznie dlatego, że jestem naprawdę cierpliwym czytelnikiem i dużo wytrzymam. Książkę chciałam cisnąć w kąt i to z wielkim zdenerwowaniem, ktoś inny na pewno nie doczytałby jej do końca.
I nie obchodzi mnie to, że zakończenie jest „niby” zaskakujące, ani to, że Sarah Waters opisuje inny rodzaj miłości – po prostu jestem na nie. I nie napiszę nic na temat fabuły, bo nawet nie wiem jak.

Nurtuje mnie tylko jedno pytanie – dlaczego autorce wydawało się, że ktoś przeczyta 200 kiczowatych stron by poczekać na te 2 bardziej ciekawe?

„Półbrat” na nowy rok

17 stycznia 2010

Nowy rok zaczęłam od powieści cięższego kalibru, mianowicie osławionego już przez Chihiro „Półbrata” autorstwa Larsa Saabye Christensena. Czy było warto? Ależ oczywiście – pomimo tego, że książka ma ogromną ilość stron czyta się ją znakomicie. To ogromna saga zawierająca sporo opowieści dotyczących pewnej rodziny zamieszkującej Oslo.
Historia rozpoczyna się w Berlinie gdzie na festiwalu filmowym poznajemy głównego bohatera Barnuma Nielsena – scenarzystę i alkoholika. Barnum nie daje się łatwo polubić, podobnie jak inni bohaterowie książki. Punktem głównym jest nagły powrót zaginionego przed laty brata Freda. I to w momencie otrzymania tej informacji rozpoczyna się historia rodziny, od czasów przedwojennych i wielu lat przed urodzeniem się Barnuma.
Na kartach książki znajdziemy mnóstwo bohaterów – jest prababka Barnuma, która miała szansę na zrobienie kariery w kinie niemym właśnie dzięki przeżytej przez siebie tragedii – podczas wyprawy na Grenlandię zaginął jej ukochany. Ból widoczny w jej oczach potrafił idealnie „grać” uczucia bez wyrażania słów. Jest i babka, pracownica telegrafu samotnie wychowująca córkę, ukrywająca przed rodziną fakt, że została w swej pracy zdegradowana do roli pracownicy stołówki. W końcu matka Barnuma, zgwałcona w dniu zakończenia II wojny światowej. Jest też ojciec scenarzysty, oszust i były cyrkowiec, który powtarza często swemu synowi „najważniejsze jest nie to, co widzisz, tylko to, co ci się wydaje, że widzisz”. Każdy z nich ma pewną skazę, problem z którym nie jest w stanie się uporać co sprawia, że nigdy nie jest w stanie być szczęśliwy. Na dodatek towarzyszy im ciągła niechęć innych ludzi, Barnum jest często dręczony, wyśmiewany i bity przez kolegów ze szkoły.
Aż jednego, pięknego dnia zostaje wysłany przez matkę do szkoły tańca. Od razu zostaje z tej szkoły wyrzucony, jednak zyskuje tam dwójkę przyjaciół – Pedera i Vivian. „Półbrat” jest też historią ich przyjaźni, wspieraniu się i miłości jaką obdarzają się nawzajem.
Wszystko u nich jest na opak, rodzina nigdy nie jest pełna, zawsze brakuje tej drugiej połowy. Mężczyźni znikają tak szybko jak się pojawili a kobiety muszą sobie radzić same najlepiej jak potrafią. Rodzeństwo jest pół-rodzeństwem a dzień, który jest dla wielu przepełniony radością (wyzwolenie spod niemieckiej okupacji) dla rodziny staje się początkiem rodzinnej tragedii. Ciągłe oczekiwanie na nieobecnych – przyjaciółkę, męża, ukochanego staje się sensem życia bohaterów.
To przejmująca historia braterskiej więzi, tęsknoty i poczucia straty. Z kart książki wieje chłodem jak przystało na literaturę skandynawską, przyzwyczaiłam się do tego. Jednak na tyle zaintrygowały mnie miejsca o których mowa, że obiecałam sobie kiedyś odwiedzić Rost – czyż to nie piękne miejsce?

Żadne podsumowanie, takie tam

1 stycznia 2010

Nie zajmę się podsumowywaniem roku ponieważ pod względem czytelniczym wypadł on blado, nie sięgnęłam żadnych szczytów ani nie pobiłam żadnego rekordu. Ale to nie o to przecież chodzi. Za to pod względem ważnych wydarzeń rok ten był dla mnie wielce łaskawy – ślub, ciąża, kupno własnego mieszkania. 2010 będzie zdecydowanie bardziej wymagający i trudny, bo i wprowadzanie się i dziecko, także pewnie nie będę pochłaniać książek tomami i obkładać nimi wszystkich półek i parapetów. To właśnie z racji oszczędności staram się kupować ich jak najmniej, i dzięki temu spokojnie mogę obwieścić, że wydarzeniem czytelniczym roku 2009 było ponowne zapisanie się do biblioteki osiedlowej.

Biblioteki w której wyboru książek można dokonać przez przechadzanie się między półkami, głaskanie grzbietów i czytanie przypadkowo wybranych stron. Wystarczyło raz przejść się między półkami by zaraz po zatrzymaniu przy dziale z literaturą skandynawską zobaczyć kilka obowiązkowych pozycji, obowiązkowych do przeczytania oczywiście. Odniosłam wrażenie, że w tej bibliotece po prostu nie ma książek beznadziejnych (tak, skrzętnie omijam dział z kryminałami, których wciąż nie cierpię). Wszystko co dobre dziarsko stoi na półeczkach i uśmiecha się w alfabetycznej kolejności. Od tej pory mam w nosie bibliotekę z internetowym katalogiem, odkryłam radość z przechadzania się po bibliotece w realu, a nie wirtualnym świecie.

Co do książek w 2009 roku, to przeczytałam ich 44, nie za dużo, ale zupełnie jestem z tego zadowolona. Niektórych nawet nie zrecenzowałam ani nie wspomniałam jednak dałam sobie do tego zupełne prawo.

Moje typy roku to:

1. Barry Sebastian „The Secret Scripture” uplasowała się zdecydowanie na szczycie listy

2. John Fowles „Kolekcjoner” porywająca książka

3. Khaled Hosseini „Chłopiec z latawcem”, za morze wylanych łez

4. Stefan Zweig „Maria Antonina”, czyta się znakomicie

5. Elif Safak „Pchli pałac”, za poczucie humoru

6. Herta Muller „Niziny”, ale to dopiero początek znajomości z tą Noblistką

„Niziny” Herta Muller

20 listopada 2009
tags: ,

Wzięłam do ręki książkę „Niziny” Herty Muller i zaintrygowała mnie od pierwszego spojrzenia. Ale nie dzięki okładce a zdjęciu autorki znajdującym się na obwolucie. Oczy zaznaczone grubą kredką równie mocno na dole jak i na górze, usta obrysowane konturówką o trzy tony ciemniejszą od szminki. Tak przecież nie może wyglądać pisarka, nie tak wyobrażam sobie prawdziwą diwę literatury. A jednak, znów stereotypy trzeba schować do kieszeni, w końcu na Nobla trzeba sobie zasłużyć (rzekomo).

Tak więc „Niziny” zgarnęłam, przeczytałam pierwszą stronę i wpadłam. Wpadłam jak śliwka w kompot, zakochałam się jak w Doris Lessing i odtąd te krzykliwe usta traktuję jak swoje.

„Niziny” to obraz dzieciństwa autorki, dzieciństwa spędzonego w Banacie – rumuńskiej wsi zamieszkanej głównie przez Niemców. To zarazem debiut autorki, który przyniósł kilka nagród, i zakaz publikowania. Jest to proza szorstka, przenikliwa i miejscami ostra, to „Dolina Issy” pisana językiem Hanny Krall. Krótkie zdania mówiące więcej niż całe paragrafy, i chociaż brak w nich komentarza, oceny sytuacji to doskonale „szkicują” świat dzieciństwa Muller.

To widziany oczyma dziecka świat ludzi bez wrażliwości, bez wyższych uczuć, dla których miłość jest odległym i zupełnie abstrakcyjnym terminem. A zarazem to świat ludzi „normalnych” , jacy są wszędzie, świadczy o tym choćby opowiadanie „Niemiecki przedziałek i niemieckie wąsy”, gdzie na stacji brak nazwy miejscowości, bo to równie dobrze może być każda wieś, ludzie wszędzie są podobni i nikt nie pragnie wyróżniać się z tłumu. Wszyscy chcą mieć niemiecki przedziałek i niemieckie wąsy.

Zapomniałam dodać, że jest to zbiór opowiadań, ale układają się w całość tak idealnie, że zupełnie tego nie odczułam. Cały zbiór mógłby być jednym wielkim źródłem cytatów:

„Łodygi traw są zielone aż do przejrzystości. Kiedy się przez nie patrzy widać jak kruche jest lato.”

Albo to:

„Ptak znika w wiadrze z wrzątkiem. Babcia wyciąga go za nogi. Pióra są teraz mokre i robią wrażenie rzadkich. Babcia zanurzyła w wodzie ptaka, a wyciąga poprzecieraną wełnianą skarpetę, z głową, która nie chce zamknąć oczu. Wyrywa pióra z porów żółtej skóry i wrzuca je do wody. Opadają na dno. Niektóre pływają przy ściance wiadra, pływają w kółko, jakby czegoś szukały. Babcia wycina pokrywkę w piersi. Podnosi ją. Z piersi paruje i pachnie ciepłem na wpół strawionymi żabami. W cienkim, przezroczystym wolu osadził się zielony muł ze stawu. Jutro jest niedziela i kiedy wybije południe, na talerzu przede mną będzie leżało serce i skrzydło. Piękna niedziela, smacznego.”

Herta Muller, Niziny, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006, s. 41-42

Czas postu, czas uczty

17 listopada 2009
tags:

Był czas postu w mym czytelnictwie i nieuchronnie nadszedł czas uczty – pożeram jedną książkę dziennie, strzelam przeczytanymi książkami jak z karabinu maszynowego. I chociaż niby na czytanie czasu nie przeznaczam za dużo to stosik książek oczekujących maleje, maleje.

Gorzej idzie mi pisanie recenzji, bo „Auto da fe” wpędza w obłęd i na razie odłożyłam na później, przeczytałam też „Niziny” Herty Muller, „Przepiórki w płatkach róży”, „Dom z papieru” i „Na plaży Chesil”. Całkiem możliwe, że kiedy w końcu zasiądę do recenzowania to treść przeczytanych książek zleje mi się w jedno i opiszę historię małżeństwa budującego dom z książek nad morzem, małżeństwa, które nie porozumiewa się słowami a uczucia wyraża za pomocą ugotowanych potraw. To może ja już pójdę czytać.

A oto stosik, który powoli znika:

Od góry:

„Auto da fe” Eliasa Canettiego

„Dom z papieru” Carlosa Marii Domingueza skończony dziś w nocy, (spać nie mogę to czytam)

poezja księdza Twardowskiego – podtrzymywała mnie na duchu w chwilach największej grozy ostatnich miesięcy

Virginia Woolf „Własny pokój. Trzy gwinee.”

„Najdłuższa podróż do domu” Johna Grogana

Skończone już „Przepiórki w płatkach róży”

Michael Ondaatje „Divisadero” – ciekawi mnie nie lada

„Mała doboszka” Johna Le Carre kryminał również przeczytany

„Przygody wojaka Szwejka” – chwilę poleżały na stosiku po czym w przypływie nagłej potrzeby prezentu powędrowały w dobre ręce, więc liczę na bibliotekę

„Dziennik” Virginii Woolf, powolutku, dla smaczku

„Rytuał ostatniej nocy” Wiktorii Płatowej, nawet nieźle się czytało, nie mam poczucia zmarnowanego czasu jak to zwykle przy kryminałach, więc chyba można polecić

„Złodziej wody” Ben Pastor, oddałam bez wyrzutów sumienia.

Jak widać nie ma wśród książek ani jednej bibliotecznej zdobyczy i bardzo skutecznie czyszczę swe półki z jeszcze nie przeczytanych książek, które czekały na lepsze czasy. Oto nadeszły.